Zaznacz stronę

Designer Diary to seria Rafała Cywickiego opowiadająca o powstawaniu gry Zaklinacze.

Czas opowiedzieć trochę o fluffie – jak nazywa całą fabularną i graficzną otoczkę wokół mechaniki.

Gdy przypisałem do setów przedmioty, zaklęcia i potwory, poczułem, że każdy z nich opowiada o jakimś miejscu. Jeżeli gracie w komputerowe RPGi, to pewnie wiecie o czym mówię. Ten las pająków, w którym lepiej mieć odporność na truciznę. Ta kopalnia pełna koboldów, gdzie spotkasz pierwszego smoka. To wnętrze wulkanu, gdzie jest rzadka ruda metalu.

Twórcy gier komputerowych robią to świadomie – tworzą rozpoznawalne i warte zapamiętania miejsca. Gdy poparzyłem na to, co mam uświadomiłem sobie, że podświadomie zrobiłem to samo. Miałem ciekawe miejsca, które zamieszkiwały rozpoznawalne potwory, gdzie używa się pewnego rodzaju broni i gdzie działa taka, a nie inna magia. Kolejne sety budowałem już z tym nastawieniem w głowie – gdzie jeszcze można zabrać gracza. Tak też narodził się pomysł, żeby dodać karty miast do gry. Po prostu chciałem podbić, że te miejsca istnieją.

Gdy nadszedł moment opisywania kart dla naszego  ilustratora, doskonale wiedziałem, co napisać o każdym secie, bo jakaś historyjka była tam już gotowa. Ale to nie koniec.

Lubię pisać. I uważam, że jestem zabawnym kolesiem. To talenty, których nie miałem okazji wykorzystać w moich dotychczasowych projektac – Kuźnia Gier, wydawca innych moich gier (Kingpina, Alcatraz i Animal Farm) nalegał na produkty niezależne językowo. Skoro teraz mogłem robić grę po swojemu, to stwierdziłem, że zrobię to po swojemu, więc zacząłem pisać krótkie zabawne flavoury (od ang. flavor text) na kartach.

Szybko narodził się pomysł, by na przedmiotach umieszczać początki zdań („Ciężko znaleźć pochwę na miecz…”), a na zaklęciach końcówki tychże („…który sprawia, że porastasz futrem w czasie pełni”). Efekty przerosły najśmielsze oczekiwania. Ludzie podczas rozgrywek testowych zaczęli układać sobie karty, tylko po to by poczytać te absurdalne zbitki zdaniowe.

Z humorem bywa rożnie. Wielokrotnie natknąłem się na gry, które bardzo próbowały być śmieszne, a nie były. Moim zdaniem próbowały za bardzo. To cienka linia i lepiej zrobić za mało, niż zabić żart tłumacząc go. Dlatego te małe absurdy i wasza wyobraźnia, to wszystko co zabawnego znajdziecie w Zaklinaczach. Trochę tak, jak Blizzard buduje humor w świecie Warcrafta. Żart tam jest, ale jeżeli was nie interesuje, to macie całkiem poważną grę.

Następnym razem napiszę trochę o ludziach współtworzących ten projekt i jak to wyszło, że wydajemy ją razem.